Szukaj

Tucson - początki (część pierwsza)

Katarzyna, 28.06.2021
Tucson - początki (część pierwsza)

Niesiona wiatrem, jak kłąb pustynnego krzewu, wylądowałam kiedyś w nocy w Tucson, a właściwie dojechałam autem z kolegą. Jechaliśmy z północy Arizony, gdzie opady śniegu zakrywały głowy postaci na lokalnych pomnikach. Jak przez mgłę pamiętam, że od razu wylądowaliśmy na imprezie na obrzeżach miasta rozległego jak ciasto walcowane na pierogi, otoczonego górami. Obudziłam się o świcie i wyszłam na ulicę - słońce przeświecało przez palmy. Samochody z pootwieranymi szybami, raczej stare graty, resztki jedzenia na fotelach, a liście palm ostre, smukłe, ale gęste. Piąta rano - było bardzo chłodno i bardzo dziwnie. Pamiętam, że zrobiłam wtedy kilka zdjęć - bo to był czas kiedy aparat pod ręką miałam zawsze. 

Zostałam w Tuscon na następne kilkanaście lat, w tym najdziwniejszym, odległym, rozlanym, pustynnym grajdole. Zostałam nie tak, że zamieszkałam, ale nie udało mi się nigdy do końca z Tuscon wyjechać. Jeździłam tam co roku. Niecodzienność i absurdy tego miejsca przyjmowałam jak bułkę z kefirem w liceum - ze smakiem i bez krytyki.


Celem były największe na świecie targi kamieni szlachetnych, które lata temu ktoś ustosunkowany ulokował na pustyni w Arizonie przy granicy z Meksykiem, chyba tylko dlatego że jest tam lotnisko i ta decyzja musiała zapaść w samolocie, bo nie wierzę, że ktoś zrobił to świadomie przechadzając się ulicami tego miasta. Tucson nie jest celem podróży samym w sobie - jest widokiem z autostrady, stanem przejściowym dla ludzi spoza systemu, poszukiwaczy ciepła, dla których za drogo jest w eleganckim Phoenix. Jest przystankiem dla przemytników, co pokazuje dosadnie film “Sicario” ze wspaniałym Benicio Del Toro. Można tam przyjechać na trekking. Mieszkańcy Tuscon sprowadzają trawę z Kaliforni w metalowych puszkach z kawą, aby była mniej wykrywalna w transporcie. Charakterystyczny zapach marihuany unosi się w Tuscon jak zapach niedzielnego obiadu na klatkach schodowych na Warszawskiej Pradze. Babcie grają wnukom na banjo w powolności popołudniowego słońca, rastafarianie snują się z psami, zamiatając chodniki farbowanymi ubraniami, większość jest w półśnie, mniejszość gdzieś podąża.

Tuscon powstało w 1775 w efekcie misji hiszpańskich misjonarzy głodnych i zachłannych na indiańskie dusze zamieszkujące ten region od 4 tysięcy lat. Dopiero w 1854 roku USA odkupiło od Meksyku ten kawałek ziemi umożliwiając łatwiejszą komunikację poszukiwaczom złota podążającym do Kalifornii i Kolorado. Przez następne lata miasteczko było areną spektakularnych napadów na dyliżanse, rabunków i bójek między Indianami i Cowboyami, Szeryfami - słynnymi bohaterami lub złoczyńcami - takimi jak William Whitney Brazelton czy Pete Spence. Myślę, że ten etos jeszcze nie wyparował z miasta. Słynni rabusie są dla miasta postaciami romantycznymi, pewnymi wzorcami odwagi, może z uwagi na kontrast z nadającą sztywności przedmieściom bazą wojskową.

Przez kilkanaście lat zatrzymywałam się w Tuscon w tym samym miejscu, w hostelu Roadrunner czyli “Struś Pędziwiatr”, tak dokładnie ten krajobraz z kreskówki. Bardzo grube ściany dające chłód w morderczym, pustynnym upale były przez te lata, na czas targów, schronieniem dla naprawdę najróżniejszych postaci. Po kilku latach okazało się, że tworzymy pewien niezrzeszony gang - ‘’usuall suspects”. Wstawaliśmy rano - ci którzy mogli spokojnie spać na piętrowych łóżkach wśród odgłosów industrialnego chrapania - i zasiadaliśmy przy długim stole w pomieszczeniu połączonym z kuchnią, gdzie na blacie czekała mieszanka do gofrów i sos klonowy, co przez pierwsze kilka lat absolutnej fascynacji miejscem i nową pasją stanowiło mój jedyny posiłek. Potem rozchodziliśmy się od stołu w tylko sobie znane, najtajniejsze miejsca do jeszcze bardziej tajnych sprzedawców kamieni, aby spotkać nie wieczorem zmęczeni przy tym samym stole i omawiać łupy. To przy tym stole z osoby, która nie ma pojęcia o kamieniach i pyta jak ma przebłysk śmiałości, stałam się po latach osobą, która odpowiada na pytania... nie wiem kiedy to się stało. Po jakimś czasie Peter - holender - właściciel hostelu mieszkający w Seattle, przyjeżdżał spotkać się z nami na ten jedyny czas w roku. Przebierał się z Strusia Pędziwiatra i gotował naleśniki - naleśniki ze wszystkim, z kiełbasą i truskawkami też (załączone zdjęcia) - to była główna impreza targów. Postacie z hostelu mają też bardzo bezpośredni związek z gwiazdami w Hollywood.

Roadrunner był (od niedawna nie funkcjonuje już jako hostel) położony blisko stacji kolejowej, przez co odgłosy pociągów stawały się elementem nostalgii otoczenia. Podobno właśnie w tej okolicy pomieszkiwali słynni rabusie. Rzut beretem od hostelu, tuż za stacyjką, po przejściu tunelu otwiera się świat ulicy Czwartej - 4th Avenue. Przy każdym kolejnym pobycie w Tuscon wychodząc na tę ulicę z tunelu, uśmiechałam się do siebie w duszy ciepło. Nauczona doświadczeniem regularnego gubienia walizek przez linie lotnicze przyjeżdżałam do Tuscon tylko z małym plecakiem i śpiworem (zimno w nocy). Następnego dnia szłam na 4-tą ulicę do Salvation Army i kupowałam z rozmachem garderobę na cały pobyt z poczuciem wygranej w kasynie, zazwyczaj sukienki za 3,40USD, może maksymalnie za 5USD. Wstępowała we mnie wtedy nieznośna lekkość bytu mieszana z poczuciem wolności. Wystrojona mogłam iść polować na niezwykłe kamienie..

Każdemu mojemu pobytowi w Tuscon przez te kilkanaście lat towarzyszyły rożne przygody, niecodzienne historie, lekcje życia, zmęczenie i orientalne znajomości, wszystko w oparach vagabondyzmu i abstrakcji.

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów